Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

Polityka Prywatności    AKCEPTUJĘ

KAZIMIERZ DEYNA NASZYM PRZYJACIELEM JEST! Upamiętnienie 73. urodzin Kazimierza Deyny

Dodał: Jan Nadolny
Data dodania: 23-10-2020 8:51
KAZIMIERZ DEYNA NASZYM PRZYJACIELEM JEST! Upamiętnienie 73. urodzin Kazimierza Deyny

 

Dzisiejszego dnia, 73. urodziny obchodzi Kazimierz Deyna. Obchodzi, gdyż w naszych sercach, sercach kibiców, wspomnienia o nim żyją nieprzerwanie, z roku na rok przybierając coraz większych rozmiarów. I nie jest to jedynie literacki wymysł, bowiem 1 września w Warszawie, na jednym z ursynowskich budynków odsłonięto mural upamiętniający 31. rocznicę śmierci Kazia, o powierzchni ponad 420 metrów kwadratowych. A kilka dni temu, legendę wojskowych upamiętniono kolejnym muralem, tym razem na ścianie jednej ze stołecznych szkół podstawowych na Ochocie. To dobitny pokaz tego, jak niebagatelną estymą wciąż cieszy się jego legenda. Przypomnijmy sobie zatem, ponownie i po raz kolejny, postać sztukmistrza futbolu, jakim bez cienia wątpliwości był Kazimierz Deyna.

W mojej głowie zrodził się pomysł, iż najodpowiedniejszą formą upamiętnienia Kaki, będzie sięgnięcie po artykuł opublikowany przeze mnie w maju tego roku. Oczywistym jest, że tym posunięciem nie kierowało moje lenistwo, gdyż zdeprecjonowałbym tym samym osobę solenizanta. A dopuścić się tego - granda! Cel był z wszech miar przemyślany, już od wielu tygodni wyczekując dzisiejszej okoliczności.

Znajdujący się na samym końcu tekst majowy, napisałem ku uczczeniu całokształtu postaci, jaką był dla futbolowych kibiców Deyna. Idealną sposobność by to uczynić, upatrzyłem w rocznicy pierwszej zdobyczy bramkowej Kazika w barwach Legii Warszawa. Toż to ona, niejako symbolicznie rozpoczęła jego kanonady bramek i salwy asyst. Początkowo, jedynie dla stołecznego klubu, z czasem jednak, także dla reprezentacji Polski. Ten  gol, jakże nikły przy wszystkich zasługach Deyny, rozpoczął okres wspaniały, wymarzony dla nieśmiałego chłopaka ze Stargardu. Okres wiosny Kazimierza Deyny. Natomiast artykuł dzisiejszy, który to ukazuje się pod koniec wyjątkowo deszczowego w tym roku października, śmiem określić jesienią Kazimierza Deyny.

Mimo iż dziś świętujemy jego urodziny, to przy tej okoliczności co roku w naszej głowie jako pierwszy miga nieodżałowany obraz zmasakrowanego Dodge’a Colta. I jak akurat ten dzień powinien być pełen radości oraz wdzięczności, za byt takiego piłkarskiego geniusza pośród nas choćby przez 41 lat, tak tragedia z 1 września 1989 roku, przysłania wszelką wesołość. Ilekroć myślimy o Deynie, pierwsze pojawia się pytanie: czemu odszedł tak wcześnie? Zawsze, gdy ktoś umiera przedwcześnie, żałujemy w niezrozumieniu takiego, a nie innego zrządzenia losu. Wspomnienie jego śmiertelnego wypadku powraca w nas jak bumerang i z tym po prostu trzeba żyć. Bo taka jesień jest nieodłączną częścią życia każdego człowieka.

Wcześniejszy artykuł o Kaziu pasuje też do obecnej rzeczywistości. Historia niejako zatoczyła koło. W maju bowiem, byliśmy pośrodku pandemii. Spanikowani, niepewni przyszłości. O wznowieniu rozgrywek na poważnie myślały jedynie władze Bundesligi. Tego wszystkiego dotyczył wstęp, wprowadzający w tak kojące wtedy nasze stęsknione serca wspomnienia o pięknej przeszłości, przy których nareszcie można było się spokojnie zatrzymać w marzycielskim zamyśleniu. Dziś, sytuacja jest podobna, gdyż koronawirus wyprowadził skuteczny kontratak. I pomimo wielu różnic, te wydarzenia ponownie mogą wywołać refleksję, która u mnie zrodziła ten, jakże nieprzyzwoicie obszerny wstęp.

Zanim jednak go zakończę, chciałbym przytoczyć parę cytatów z książki „Wielki finał. Opowieść o udziale Polaków w piłkarskich turniejach olimpijskich”. W niej bowiem Kazimierz Deyna, jako niezastępowalne ogniwo w złotej drużynie IO w Monachium, doczekał się rozdziału zatytułowanego własnym nazwiskiem, który zaczyna się takimi oto słowami: „Słynne są jego „kaczki” i „rogale”. Gdy uderza piłkę, nie wiadomo jaką drogą będzie ona szybować do bramki i w którym znajdzie się rogu. Kazimierz Deyna nie odznacza się zbyt silną budową fizyczną, ale potrafi huknąć jak z armaty tak, że trzeszczy poprzeczka. Nie jest on jednak zwolennikiem mocnych strzałów. Doszedł do wniosku, że bardziej skuteczne są te słabsze, ale za to chytre, podkręcane, zaskakujące obrońców i bramkarzy.” - czego pokazem jest chociażby gol w eliminacjach MŚ 1978, którego opis znajduje się w tekście majowym. Nieco dalej, możemy przeczytać o skali wyjątkowości fenomenalnego występu Deyny na wspomnianym turnieju olimpijskim: „Rzadko się zdarza w turniejach mistrzowskich, aby zawodnik drugiej linii strzelał tyle bramek. Kazik zdobył ich aż dziewięć zostając królem olimpijskich strzelców. Wyprzedził nie tylko kolegów z drużyny, lecz wszystkich napastników innych zespołów. Pomocnik - królem strzelców! To był taki sam szlagier, jak wywalczenie przez Polskę złotego medalu olimpijskiego.” Pod koniec z kolei widzimy dysonans, między małym Kazikiem wpatrzonym w obrazek Lucjana Bryhczego, a Kazimierzem Deyną, który u jego boku w 1970 roku walczył o finał Pucharu Europy Mistrzów Klubowych (czytaj: dzisiejszej Ligi Mistrzów): „Zawsze marzył o występach w pierwszoligowym zespole, więc gdy nadarzyła się okazja przeniósł się do ŁKS by, tak jak Brychczy, który był jego wzorem, strzelać bramki. (..) Deyna razem z Brychczym i Bernardem Blautem tworzył drugą linię, jakiej nie miała żadna inna drużyna w Polsce. Ta trójka robiła całą grę, inicjowała i wykańczała akcje, trzymała w szachu przeciwników, a gdy zaistniała potrzeba, skutecznie wspierała własną obronę.” Po prostu cały Deyna. I takim właśnie, zawsze będziemy go pamiętać - geniuszem, artystą, reformatorem polskiego futbolu.

*             *             *

Żyjemy dziś w bardzo dziwnych czasach. Nasza rzeczywistość jest ograniczona w każdym wymiarze. Ludzie, z wszech miar płochliwi i niepewni. Hamujemy sami siebie i dusimy w zarodku nasze zachcianki. Nie możemy nigdzie podróżować, spotykać się. Nie możemy nawet wyjść z domu bez maseczki. Świat materialny stanął w miejscu. My natomiast, korzystając z okazji, przenieśmy się w radosną przeszłość. Wolne od ryz współczesnego pędu, nasze umysły w końcu mają czas, by nacieszyć się wspomnieniami i przypomnieć znów, dawno temu przeżyte emocje. Dziś sięgniemy pamięcią do Kazimierza Deyny - najlepszego, najbardziej charyzmatycznego polskiego piłkarza w dziejach.

KARTKI Z KALENDARZA

13 maja 1967 roku, 20-letni Kazimierz Deyna strzelił swojego pierwszego gola w barwach Legii Warszawa. To właśnie wtedy, dokładnie 53 lata temu, Kaka otworzył worek z bramkami, który zamknął dopiero 11 lat później, strzelając ostatni w koszulce wojskowych dublet w meczu z Odrą Opole. - Jedna z tych bramek, którą Kazik strzelił, śni mi się do dzisiaj. Nadal nie wiem, jak on to zrobił. Piłka wpadła mi po prostu za kołnierz. - wspomina ówczesny bramkarz Opolan, Józef Młynarczyk.

„Kaziu, Kaziu, Kaziu, Kaziu, Ty strzeliłeś bramek sto. Jeszcze jeden, jeszcze jeden, jeszcze tylko jeden gol!” - taką przyśpiewkę na cześć Kaza Deyny można usłyszeć na każdym meczu Legii. 141 goli, 388 meczów i niezliczona ilość wspaniałych zagrań to wspomnienia, które Deyna podarowywał przez ponad dekadę kibicom wojskowych. Dwa mistrzostwa kraju, Puchar Polski, półfinał w Pucharze UEFA z Feyenoordem - te sukcesy, pamiętają przy Łazienkowskiej do dziś. Wielu twierdzi, że Deyna obecny jest na każdym meczu Legii. Trudno zliczyć, ilu mężczyzn w stolicy nosi na piersi tatuaż z profilem pana Kazimierza. Siedząc na nazwanej imieniem Deyny trybunie wschodniej, słuchając stadionowych przyśpiewek na jego cześć czy spoglądając na zamknięty w wiecznym dryblingu pomnik dryblującego Kazia można być pewnym, że w Warszawie, pamięć o nim będzie trwać wiecznie.

29 października 1977 roku, w decydującym meczu eliminacji do MŚ w Argentynie, Deyna strzelił bramkę dającą Polsce awans. Lecz nie był to zwykły gol, bo zdobyty bezpośrednio z rzutu rożnego. - Deyna... Gol! Prosto z rogu, Kazimierz Deyna! Coś niesamowitego, proszę Państwa! Rzadko się zdarza w meczach międzypaństwowych taka sytuacja. – krzyczał do mikrofonu Jan Ciszewski, gdy w 35. minucie spotkania z Portugalią, Kaz z rogu boiska wkręcił piłkę do siatki.
Deyna swoją grą w reprezentacji, zachwycał i dawał powód do dumy milionom Polaków. Był architektem wszystkich największych sukcesów biało-czerwonych. Najbardziej pamiętny, z pewnością jest jego spektakularny występ na IO w Monachium w 1972 roku. Podczas tego turnieju, Kaka strzelił rekordową liczbę 9 goli, dwa ostatnie dokładając w finałowym meczu, wygranym 2:1 z Węgrami. – Pamiętam, że zeszliśmy na przerwę i nigdy wcześniej nie widziałem takiego zrezygnowania. Chyba nikt nie wierzył w zwycięstwo. Nagle wszedł pan Kazimierz Górski, kazał niczego nie zmieniać w naszej grze. Zapewniał, że na pewno wygramy. Miał na twarzy wypisany optymizm. Zupełnie, jakbyśmy prowadzili 2:0 albo wyżej. Potem geniusz pokazał Kazimierz Deyna i cieszyliśmy się ze złota – opowiada Hubert Kostka, wówczas bramkarz reprezentacji Polski.

WIELKA OSOBOWOŚĆ

Dziś Kazimierz Deyna jest postacią pomnikową, a dla mnie samego, jako osoby, która nie miała przyjemności widzieć go w grze - wręcz legendarną. Pomimo jego wszystkich zasług, sukcesów i laurów, był jednak normalnym gościem, ze standardowej polskiej rodziny. - Spokojny, skromny chłopak z małego miasta, który podbił stolicę. Stał się synonimem kochanej w Warszawie Legii. Przyjeżdżał do Warszawy bez rozgłosu, wyjeżdżał dwanaście lat później jak król. Był lubiany nie tylko dlatego, że grał jak nikt inny przed nim i po nim, ale dlatego że nigdy nie był zarozumiały. Moim zdaniem to był najlepszy piłkarz w historii polskiego futbolu - mówi Stefan Szczepłek, dziennikarz i przyjaciel Kazimierza Deyny.
Ta normalność - to ona była powodem bezgranicznej miłości, jaką go darzono. Współcześni najlepsi futboliści trenują w nowoczesnych ośrodkach, mieszkają na strzeżonych osiedlach, a zobaczyć ich na żywo można dopiero, gdy wyjdą na murawę stadionu. Deyna był natomiast na wyciągnięcie ręki, żył w takich samych warunkach jak wszyscy. Właśnie dlatego każdy kibic Legii czuł, jakby znał go osobiście.

Fanatyczny miłośnik futbolu i obsesyjny perfekcjonista - oto prawdziwy Deyna.
- Niech pan spojrzy na mapę, jakie są odległości między miastami, w których gramy. Rocznie przelatuję w powietrzu kilkadziesiąt tysięcy kilometrów od San Diego po Vancouver na północy, Florydę na południu i Nowy Jork na wschodzie. Znam wszystkie większe amerykańskie lotniska i czasami bywam nieco zmęczony. Dopóki nie wyjdę na boisko. - mówił w rozmowie ze Stefanem Szczepłkiem dla tygodnika „Piłka Nożna” w 1984 roku.

Deyna nigdy nie chciał robić nic innego poza grą w piłkę nożną. "To jest moje życie. Urodziłem się piłkarzem. Jeśli nie gram lub nie trenuję przez dzień, dwa, czuję się fatalnie" - mówił. Takie podejście wymiernie przekładało się na poziom jego gry.
- Nie widziałem nigdy nikogo, kto potrafiłby robić to, co potrafi Kazzi.
- Nigdy nie wygląda na zdenerwowanego, jest tak przekonywujący i pewny, gdy zwodzi i kiwa obrońców a ci odskakują we wszystkich kierunkach lub padają na ziemię, a on pozostaje przy piłce.
- To niesamowity piłkarz, jedyny w swoim rodzaju.
- Jest jak chirurg, który przy pomocy nóg rozdziera swoimi podaniami defensywę przeciwnika na strzępy. Szkoda, że nie mogliśmy go oglądać, kiedy był w najlepszej formie.
- Większość graczy halowych wybija zwyczajnie piłkę i czeka, co się stanie. Kazzi nigdy nie wybija na oślep. Strzelił dla nas wiele kluczowych goli, a niektóre z nich były po prostu nieprawdopodobne i to nie za sprawą szczęścia, lecz umiejętności.
- Jest taki sprytny, taki mądry. Sprawia wrażenie, że gra jest tak prosta.
To tylko niektóre z opinii, jakie wygłaszali trenerzy i piłkarze grający z Kazem za oceanem. Na ostatnim etapie swojej kariery, występując w barwach San Diego Sockers, był wychwalany jak nigdy dotąd. Traktowano go jak boga futbolu. Zachwycano się jego techniką i wspaniałą, jak na 34-letniego piłkarza formą. Właśnie tyle wiosen liczył sobie Deyna, przybywając do Stanów Zjednoczonych. Amerykanie dali mu szacunek, jakiego na próżno szukał w Manchesterze. Po niezbyt udanej angielskiej przygodzie, San Diego znów obudziło w nim prawdziwego Kazimierza Deynę.
- Niczego nie żałuję. Chciałem grać w lidze angielskiej i grałem. A że angielscy trenerzy mieli inny pogląd na piłkę niż ja, to już nie moja wina. Teraz Manchester City gra w II lidze, a ja nie narzekam na swój los. Sportowo osiągnąłem w życiu prawie to, co chciałem. Kilka trofeów i zaszczytów było nieosiągalnych, ale mam ze swojej kariery dość satysfakcji.

NAJPIERW RODZINA, POTEM PIŁKA

Pomimo wielkiej miłości do futbolu, dla Deyny na pierwszym miejscu zawsze była rodzina. Wszystkie swoje plany rozpatrywał pod kątem szczęścia swojej żony Marioli, a przede wszystkim syna Norberta. Tak było również w 1984 roku, gdy kończył mu się kontrakt z San Diego Sockers: - 16 listopada kończy się mój kontrakt z sockersami. Jeszcze z Mariolą nie podjęliśmy decyzji, co będziemy robić później. Mógłbym jeszcze grać, zresztą nie koniecznie w San Diego, bo są tacy, którzy nie zważając na mój wiek, chcieliby mnie jeszcze widzieć w swoich drużynach. Dostałem także propozycję objęcia funkcji trenera w moim dotychczasowym klubie. Miałoby to swoje dobre strony, bo nie musielibyśmy się nigdzie przeprowadzać. A może po prostu wsiądziemy w samolot i przylecimy do kraju. Naprawdę jeszcze nie wiemy. Jak zwykle w takich sytuacjach wybierzemy najlepszy wariant, biorąc przede wszystkim pod uwagę dobro Norberta. Ostatecznie rodzina została w San Diego. A po zakończeniu kariery w 1987 roku, przez ostatnie dwa lata swojego życia, Kaz zajmował się trenowaniem amerykańskiej młodzieży. To samo chciał kontynuować po powrocie do Polski: - W Polsce pragnę być instruktorem i prowadzić zajęcia treningowe z dziećmi, najchętniej w Legii Warszawa. Myślę, że uda mi się wychować następcę za kilka lat. Niestety, nie było mu dane spełnić tego marzenia.

Odkąd tylko Kazio opuścił Polskę, na każdym kroku zaznaczał, iż do ojczyzny wróci. Nawet nie brał pod uwagę scenariusza, że odchodząc z Legii, po raz ostatni w swoim życiu widzi „nadwiślański świt”. Dla kibiców jednak nie miało to żadnego znaczenia. Wieść o nim była, jest i będzie przekazywana kolejnym pokoleniom. Kazimierz Deyna stał się wiecznie żywym pomnikiem, symbolem Warszawy. W zeszłym roku, legioniści obchodzili Rok Deyny, z okazji 30. rocznicy jego śmierci. Był to hołd złożony wybitnemu futboliście, wspaniałemu człowiekowi i przepięknej historii, jaką zdołał napisać swym 41-letnim życiem. Od czasów jego gry, aż po dziś dzień, na każdym meczu Legii, ku jego czci, wybrzmiewają słowa kibicowskiej pieśni: „Kazimierz Deyna naszym przyjacielem jest i za to jemu cześć!”.

Inne felietony