Strona korzysta z plików Cookies, aby zapewnić Ci maksymalny komfort korzystania z serwisu oraz jego usług oraz dostosować treści do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza akceptację że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies w swojej przeglądarce.

Polityka Prywatności    AKCEPTUJĘ

O tym, kiedy i dlaczego La Liga wypadła z obiegu

Dodał: Jan Nadolny
Data dodania: 30-11-2020 1:25
O tym, kiedy i dlaczego La Liga wypadła z obiegu

 

Futbolowe koncepcje Hiszpanów i Włochów przez lata ugruntowały się jako antagonizmy. Przesiąknięta wysokimi wynikami, mnogością pięknych bramek i widowiskowych dryblingów oraz atrakcyjnym dla oka ofensywnym stylem gry liga hiszpańska zawsze była o krok przed calcio, miłującym taktyczny perfekcjonizm, boiskowy pragmatyzm oraz defensywne rzemiosło. Ostatnie kilka sezonów pokazuje jednak, iż role zaczynają się odwracać. Niemożliwe staje się możliwe, gdyż nuda coraz częściej zamiast boisk na Półwyspie Apenińskim, wybiera te na Iberyjskim.

Kraje, które geograficznie dzieli jedynie Republika Francuska, w sztuce futbolowej różni tak wiele. Syzyfową pracą byłoby wymienić te wszystkie rozbraty. Interesującym przykładem jest status, jaki przez lata mieli futbolowi geniusze, raczący włoskich i hiszpańskich kibiców niecodziennymi zagraniami. W La Liga, ich wyczyny były wisienką na torcie, kropką w zdaniu definiującym barwne i ofensywne DNA hiszpańskiej piłki. Byli kochani, szanowani i doceniani. Jednak szalonej, niepohamowanej, wręcz fanatycznej miłości, zaznać mógł jedynie piłkarz włoskiej Serie A. Legendy o bohaterach calcio - począwszy od Grande Torino, przez Maradonę, wspaniały tercet holenderski z Mediolanu, kończąc na niegrających już wprawdzie Baggio, Del Piero i Tottim - są wieczne. Nawet nieco krótsze i mniej spektakularne romanse, w pamięci tifosich trwają na niezniszczalnych kadrach wspomnień. Takie indywidualności zaburzały idealną symetrię, podporządkowanemu kultowi gry obronnej, calcio, na stałe wpisując się w jego najważniejsze cechy.

Filozofie piłkarskie obu tych nacji miały swoje czasy świetności wielokrotnie. Ostatnie wyznacza puchar świata, zdobyty przez Włochów w 2006 roku i Hiszpanów w 2010. O ile calcio niepodzielnie królowało w latach 90., a tytuł mistrza globu sprzed 14 laty w żaden sposób osiągnięć z przeszłości nie przerasta, tak rozpoczęta w 2008 roku kadencja Pepa Guardioli jako trenera Barcelony, zapoczątkowała trwającą prawie dekadę epokę tiki-taki, która opanowała cały futbolowy świat.
Dziś, jedni i drudzy są poza głównym nurtem. Liga włoska jednak stale rośnie w siłę, z roku na rok notując coraz lepsze wyniki, posiadając coraz głośniejsze nazwiska i prezentując coraz atrakcyjniejszy futbol. Hiszpańska natomiast gwałtownie podupada, zmieniając się z do niedawna bezkonkurencyjnie najlepszej ligi, w reprezentującą siermiężną i przestarzałą szkołę futbolu.

Iskierkami, które wznieciły w mojej głowie pomysł na ten artykuł, była wypowiedź jednego z dziennikarzy Eleven Sports podczas magazynu Eleven Gol Live oraz grafika, napotkana na serwisie meczyki.pl. Do treści i znaczenia słów redaktora Marcina Gazdy jeszcze przejdę. Póki co, chciałbym odnieść się do onego obrazka, który skłonił mnie ku stworzeniu własnej statystyki. Otóż przedstawiał on średnią liczbę goli na mecz z sezonu 18/19, w 5 najsilniejszych ligach europejskich. Na miejscu trzecim, znajdowała się liga włoska, ze średnią 2,68. Na czwartym natomiast - La Liga, ze średnią 2,59 (tylko o 0,03 wyższą od piątej w zestawieniu Ligue 1). Zadałem sobie wówczas pytanie: „Od kiedy to w lidze włoskiej pada więcej bramek niż w hiszpańskiej?”. Wszakże, szczególnie dla mojego pokolenia, urodzonego po 2000 roku, La Liga od zawsze była najlepszą ligą na świecie. Posiadała wszystko, czego potrzebował rozpalony futbolową fascynacją, mózg małego chłopca. Efektowne bramki i dryblingi, wysokie wyniki, ofensywny styl gry, głośne nazwiska i przepełniony gwiazdami duet klubów-hegemonów, który za pomocą jednego pytania - „Barca czy Real?” lub „Ronaldo czy Messi?” - potrafił doprowadzić do rękoczynów. Dzisiaj, żaden z tych przymiotów, może poza głośnymi nazwiskami, nie jest już wizytówką primera division.

Aby znaleźć odpowiedź na pytanie, kiedy La Liga straciła swój, wydawałoby się niezbywalny, szarm, postanowiłem prześledzić średnią goli na mecz z jej ostatnich 20 sezonów. Aby jednak mieć stosowne porównanie, to samo uczyniłem z ligą włoską, która w ostatnich latach odradza się w sposób niebywały. Dość wspomnieć coraz słynniejsze nazwiska jak Ronaldo bądź Ibrahimović, prezentujące wyjątkowo bramkostrzelny styl gry Atalantę i Sassuolo, czy niesamowicie obszerne grono zespołów aspirujących do sięgnięcia po najwyższe laury. Biorąc pod uwagę te i wiele innych atutów Serie A, postanowiłem zestawić ją właśnie z La Liga.

Okazało się, że mamy do czynienia z dwoma przełomami, które znacząco podcięły skrzydła hiszpańskiej piłce. Do sezonu 14/15, na czternaście porównanych kampanii, tylko dwa razy średnia goli na mecz była wyższa w lidze włoskiej (sezony 05/06 i 06/07). Od sezonu 14/15, w pozostałych sześciu edycjach rozgrywek, tylko dwa razy liczba ta była korzystniejsza w lidze hiszpańskiej (sezon 15/16 i 17/18). Tutaj mamy do czynienia także z drugim kryzysem. Sezon 17/18 był ostatnim, w którym średnia goli na mecz w La Liga wyniosła więcej aniżeli w Serie A. Przez kolejne trzy sezony (włącznie z trwającym obecnie 20/21), różnica w tej statystyce rosła średnio o prawie pół gola rocznie. Oznacza to, że od lipca 2018 roku, w meczach ligi hiszpańskiej obejrzeliśmy 288 bramek mniej, niż w spotkaniach ligi włoskiej! To nie jest tylko drobna zmiana. To kolosalna przepaść, która idealnie obrazuje rozmiar transformacji, jaką w tym samym momencie przechodzi La Liga - na gorsze i Serie A - na lepsze.

Inną statystyką, która obrazuje spadek jakości ligi hiszpańskiej, jest średnia liczba pressingów oraz odbiorów drużyny w strefie ataku. Dziennikarz Michał Zachodny, na swoim profilu facebookowym „Zachodny do Tablicy”, udostępnił tabelę, przedstawiającą stan owej średniej w top 5 ligach europejskich, od sezonu 17/18 do obecnego włącznie. Cóż z niej wynika? Otóż 4 sezony temu, La Liga była na jej czele, ze średnią 36,3. W obecnym zaś plasuje się na pozycji ostatniej, zaliczając regres do 30,3. Kwestia średniej liczby odbiorów wygląda podobnie - primera division jako jedyna liga z top 5 nie przekroczyła średniej 2 odbiorów na mecz, osiągając liche 1,8. To jeszcze jednak nie koniec. Na dole tabeli jest również porównanie średniej pressingów na mecz Barcy i Realu. Statystyka ta, to chyba najbardziej dojmujący dowód na poważny kryzys obu zespołów, jak i całej La Liga. W sezonie 17/18, liczba tychże pressingów wynosiła, w zespole Barcelony - 43,5 a w Realu - 41,4. Obecnie, wynosi ona odpowiednio - 28,9 i 30. Zainteresowanych szczegółami, odsyłam oczywiście do strony facebookowej Michała Zachodnego - „Zachodny do Tablicy” oraz do podcastu na Spotify o tej samej nazwie.

Wróćmy jednak do wymienionych wcześniej dwóch kryzysów La Liga - z sezonu 14/15 i 17/18. Pierwszy, po którym to liga hiszpańska zaczęła toczyć śnieżną kulę zacofania, można zmieścić w jednym słowie - cholismo. I w tym miejscu, po blisko 600 słowach, zdradzę treść wypowiedzi redaktora Gazdy. Dotyczyła ona omówienia jednego z meczów ligi hiszpańskiej, prawdopodobnie Getafe-Barcelona, kiedy to podopieczni Jose Bordelasa zwyciężyli 1:0, po bramce z rzutu karnego. Pan Marcin powiedział wtedy coś, co poruszyło zębatki w mojej głowie. Otóż zauważył, że coraz częściej hiszpańscy giganci przegrywają z drużynami pokroju Getafe, Cadiz czy Alaves (co trzecia z wymienionych udowodniła, zwyciężając w sobotę 1:2 Real Madryt) i coraz częściej zespoły La Liga reprezentują defensywny styl gry, co przekłada się na liczbę zdobywanych goli oraz atrakcyjność spotkań. Jako jedną z przyczyn takiego trendu, redaktor Gazda wskazał spektakularny sukces Atletico Madryt w sezonie 13/14. Wtedy to, filozofia Cholo Simeone wielce triumfowała, zwyciężając rozgrywki La Liga oraz docierając do finału Ligi Mistrzów. Los Colchoneros pokazali wówczas, że bez wielkich gwiazd, wyznając wiernie kult pracy, walki i organicyzmu, można pokonywać największych. Zasiali ziarno nadziei w głowach trenerów zespołów piłkarsko ograniczonych, nie mających szans w bezpośredniej wymianie ciosów z Barcą, Realem, Sevillą, Valencią czy Atletico. Po 6 latach, średniaki La Liga, wsparte przez współistniejące czynniki osłabiające oblicze najmocniejszych zespołów - choćby takie jak kryzys z sezonu 17/18 - coraz częściej trafiają do faz grupowych Ligi Europy, co tylko upewnia je o słuszności obranego kursu.

A cóż to takiego wydarzyło się w sezonie 17/18? Właściwie to po sezonie, w lipcu, podczas okienka transferowego, kiedy CR7 odszedł z Realu Madryt. Jego transfer do Juventusu, po trzecim w ciągu czterech lat triumfie w Lidze Mistrzów z królewskimi, był symbolicznym zwieńczeniem dla wybitnego pokolenia piłkarzy Realu i Barcy, z których najmłodsi są dziś co najmniej 30+. Póki co, młode talenty schedy po poprzednikach nie przejęły i specjalnie się do tego nie kwapią. Wyraźnie widać to na przykładzie Barcelony. W składzie Blaugrany jest rażąca wyrwa między Pique, Busquetsem, Messim i Albą, a nastoletnimi lub dwudziestoparoletnimi, wschodzącymi gwiazdkami. W zachwycie nad wspaniałym pokoleniem z czasów kadencji Guardioli i MŚ w RPA, zapomniano wychować następców lub zadbać o ich przybycie. Piłka hiszpańska od kilku jak nie kilkunastu lat, nie wzbogaciła się o nowe, charyzmatyczne postaci. Wszystko kręci się wokół tych samych, oklepanych nazwisk, co widać choćby po trenerach i transferach, po raz kolejny, Barcy i Realu. Kiedyś, ich szkoleniowcami zostawali najlepsi specjaliści na świecie, z nowymi pomysłami, niekonwencjonalnymi metodami pracy i bogatym CV. Dziś, najczęściej są to byli piłkarze, bądź - jak Quique Setien - sezonowe odkrycia z rodzimego podwórka. Niegdyś każda wschodząca gwiazda, a nawet świecący już od paru lat dojrzały piłkarz, marzył o tym, by podpisać kontrakt na Camp Nou czy Santiago Bernabeu. Teraz, mimo iż nadal są to wielkie marki, raczej wybierze angielskie, niemieckie czy włoskie czołowe kluby, gdyż tam o wiele jaśniej połyskuje światło samorozwoju oraz piłkarskiego spełnienia. Barcelonie i Realowi prawdziwie wielkie pozostały jedynie szyldy, lecz i one, choć powoli, to zaczynają stopniowo maleć. A wraz z nimi, maleć poczęła cała La Liga.

*             *             *

Serie A, choć także niezwykle intrygująca, jest jedynie kontekstem, porównaniem dla znajdującej się na zakręcie ligi hiszpańskiej. Transformacja, jaką przechodzi primera division, to dla mnie osobiście fakt nie tyle zastanawiający, co dołujący. Z tegoż zdołowania powstał ten artykuł. Ze stanowczego sprzeciwu wobec takiego biegu historii. Chcę znów móc oglądać Barcelonę i Real w szczytowej formie, znów podziwiać ofensywne, odważne nastawienie drużyn i rozkwitających w nich młodych, utalentowanych zawodników. Jeśli jednak, co miejmy nadzieję wydarzy się jak najprędzej, La Liga powróci do walki o tytuł najlepszej ligi świata, będzie zmodernizowana. W Hiszpanii, tak jak i w innych najsilniejszych ligach, zauważalna jest tendencja do większej równowagi pomiędzy drużynami. Nie ma podziału na 3-4 zdecydowanie odstające poziomem zespoły i bezradny peleton. W lidze angielskiej, włoskiej czy niemieckiej (choć Bayern, jak na najlepszą drużynę globu przystało, nieco wyłamuje się z tych ram), takie zjawisko jest wyraźnie dostrzegalne. Być może już niedługo La Liga, w takiej oto odmienionej formie, zastąpi na naszych twarzach grymas rozczarowania - uśmiechem fanatycznej radości.

TAGI

Inne felietony